środa, 12 listopada 2014

To już ! - czas porodu i pobyt w szpitalu



Kiedy wszystkie sprawy mieliśmy 'dopięte na ostatni guzik', nasza Kruszynka postanowiła wyjść z brzuszka. Trochę to śmiesznie zabrzmiało, że wszystko mieliśmy przygotowane, ale tak właśnie było. Dziwnym trafem, pościeliliśmy nawet łóżeczko dla niej 3 dni przed porodem (o czym oczywiście nie wiedzieliśmy) i zrobiliśmy dość spore zakupy 'do lodówki' dzień przed porodem. Co prawda miałam przeczucie, że bubcia urodzi się wcześniej, ale nie wiedziałam, że aż 10 dni przed (!). Być może posłuchała lamentowania mamy, jak jej już ciężko i że chce ją zobaczyć, uściskać, dać pierwszego buziaka☺.

13.09.2014
09:55 poczułam pierwsze skurcze. W sumie poczułam się tak, jakbym miała za chwilę dostać okres, bo ból był identyczny, ale trwał krótko i to z dość długimi przerwami. Traf chciał, że akurat wtedy nie mogłam się do nikogo dodzwonić, a byłam sama w domu (!). Do nikogo mam na myśli, męża, teściów, rodziców i co gorsza do swojej położnej. Każdy albo nie odbierał albo nie miał zasięgu. W końcu oddzwoniła do mnie moja mama, ale nie wiele mogła mi pomóc. Moje pierwsze odczucia były mieszane. Nie denerwowałam się (co dziwne), ani nie panikowałam, że zobaczyłam niewielkie ślady krwi. Po rozmowie z mamą, napisałam do swojego męża, że 'chyba się zaczęło', po czym zadzwoniłam na porodówkę do szpitala, w którym miałam rodzić. Po drugiej stronie słuchawki usłyszałam tylko, że powinnam do nich przyjechać, a oni zrobią KTG, które wykaże czy poród się już zaczął czy jeszcze będę musiała poczekać. Jakieś 20 minut później oddzwonił mój mąż (to właśnie on nie miał zasięgu w tym czasie), z informacją, że już pędzi do mnie ☺.

w drodze do szpitala

12:00 o tej mniej więcej porze byliśmy już w szpitalu. Skurcze były co raz częstsze i miałam 100% przeczucie, że to właśnie dziś zobaczę moją Księżniczkę. Po przyjściu na porodówkę, opieką objęła mnie przesympatyczna położna, która podczas KTG non stop nagabywała mnie to wypicia jak największej ilości niegazowanej wody. Twierdziła, że dzięki temu będzie mi się łatwiej rodziło. KTG wykazywało regularne skurcze, więc skierowano mnie jeszcze do maleńkiego gabinetu, gdzie zbadała mnie tym razem sama położna. Wtedy to właśnie utwierdziła mnie w przekonaniu, że zostajemy w szpitalu, bo mam szanse na poród dziś w nocy lub jutro z samego rana. JEJ! Radość przeogromna, że 9 miesięczne wyczekiwanie dobiegło końca☺! Położna powiedziała, żebyśmy wraz z mężem pospacerowali około godziny czasu, coś zjedli (oczywiście gdzieś w pobliżu), a gdyby odeszły mi wody, to od razu kierowali się na oddział. Niestety musiała się ze mną pożegnać już w tym momencie, ponieważ kończyła zmianę, ale zrobiła to w niesamowity i ciepły sposób - przytuliła (!) i życzyła wszystkiego dobrego. Przedstawiła mi również nową położną, która miała się mną zająć już do końca mojego porodu. Z racji tego, że troszkę rozumiem niemiecki, posługiwaliśmy się wszyscy właśnie tym językiem. Do pewnego momentu...

w parku, który znajduje się na terenie szpitala
podczas pierwszego badania KTG



















Po 13:00 zaprowadzono nas do pokoju, w którym mogliśmy spokojnie czekać na dalszy rozwój sytuacji. Pokój był tylko dla dwóch osób - mnie i mojego męża - czysty, schludny, posiadał telewizor, sprzęt do KTG, piłkę do ćwiczeń oraz łazienkę z wanną, w której wzięłam rozluźniającą kąpiel. Co jakiś czas zaglądała do nas położna, robiła KTG i sprawdzała rozwarcie. W między czasie odpoczywałam a męża 'wygoniłam' na jakiś obiad, żeby biedak choć trochę zjadł. Ja mogłam już niestety tylko pić wodę.

pokój, w którym czekaliśmy przed wejściem na porodówkę





17:00 Mijały kolejne godziny a ja miałam co raz to silniejsze skurcze. Wtedy to położna zapytała mnie czy chciałabym jakiś środek przeciwbólowy. Naturalnie z propozycji skorzystałam i dostałam w kroplówce, coś po czym czułam się jakbym wypiła DOBRE dwa drinki %%%☺. Skurcze stały się mniej odczuwalne a mi było w między czasie błogo ☺. I tak mijały kolejne godziny.

19:00 odchodził mi środek przeciwbólowy. Czułam się bardzo słabo, jakbym miała za chwilę zemdleć. Skurcze były już dość silne, więc spróbowałam trochę 'poskakać' na piłce. I chyba to był mój błąd, bo po kilku minutach zrobiło mi się niedobrze i niestety zwymiotowałam ☹. Mąż poszedł więc po położną, a ta przyszła natychmiast. Kiedy położyłam się z powrotem na łóżku, zapytała czy wolę rozmawiać po angielsku, bo widziała już, że zaczyna brakować mi niemieckiego słownictwa, a skupienie nad tym co mam powiedzieć było niemożliwe. Nie robiła mi już KTG tylko sprawdziła rozwarcie. Odeszły mi wody Tak. Czas się przenieść na salę porodową. 

20:00 dokładnie pamiętam tą godzinę, bo kiedy klęczałam na łóżku do porodu, nad głową wisiał zegar. Nie będę się wgłębiała w szczegóły porodu (oszczędzę Wam tego☺). Ogólnie w trakcie akcji porodowej, położna robiła mi masaż kości ogonowej jakimiś olejkami, których zapach czułam z daleka. Później robił to mój mąż. I powiem szczerze, że było troszkę lżej. 

21:00 był to drugi raz kiedy spojrzałam na zegar, a ja byłam święcie przekonana, że już będzie po. A tu nic! Poród trwa nadal. W tym właśnie czasie osiągnęłam szczyt szczytów bólu i przypomniałam sobie o znieczulaniu PDA (zewnątrzoponowe), na które naturalnie było już za późno. Wiem, że mówiłam mężowi, aby poprosił lekarzy o cesarskie cięcie, bo nie zniosę już bólu ☺. Ale on twardo zapewniał, że dam radę i cały czas był przy mnie. To mi tak naprawdę chyba wystarczyło. Nie musiał nic mówić (chociaż się starał) - musiał po prostu być. W pewnym momencie nie słyszałam położnej - słyszałam tylko jego. Robił mi zimne okłady i powtarzał, że jestem niesamowicie silna. Położna zasugerowała 'Lachgas' (gaz rozśmieszający). Wydawał się pomagać z pierwszymi dwoma wdechami, ale widocznie trafiłam na moment końca skurczu. Później nic mi nie pomógł, wręcz utrudniał (wiem, że wielu kobietom pomaga). Przy końcówce porodu musiała mi pomagać asystentka położnej, która całym swoim ciałem naciskała mi na brzuch. Ponoć wtedy pomaga mi ona tylko w 5% a resztę robię ja. Zrobiła tak chyba ze 3 lub 4 razy. Później już rodziłam zupełnie sama. 

22:02 JEST! W KOŃCU! NARESZCIE! Po 12 godzinach zobaczyliśmy małą, z olbrzymią ilością czarnych włosów Bubcię - naszą Kuleczkę Juleczkę ☺. Łzy radości, pot z wysiłku i w głowie totalna pustka. Chciałam ją jak najszybciej przytulić. Zanim lekarze mi ją wręczyli, dumny jak paw tatuś przeciął pępowinę. Od tego momentu była już całym malutkim ciałkiem z nami. 


tuż po








I teraz informacja do wszystkich dziewczyn, które spodziewają się pierwszego dziecka. Potwierdzam wszystkie zapewnienia obecnych mam - JAK MA SIĘ TAKĄ MALEŃKĄ KRUSZYNKĘ NA RĘKACH, BÓL JEST CAŁKOWICIE NIE ISTOTNY I SIĘ O NIM ZAPOMINA! Nigdy w to nie wierzyłam, a jednak ☺.

Po porodzie oczywiście pierwsze karmienie, ważenie, mierzenie i robienie pierwszego zdjęcia przez Panią doktor, które później dostaliśmy. Oprócz tego dała nam pamiątkową kartkę z odciskiem jej maleńkiej stópki. Po tym wszystkim zostałam wraz z niuńką przewieziona do pokoju dwuosobowego, w którym była już jedna mamusia. Co chwila byłyśmy monitorowane przez kolejną położną na nocnym dyżurze. Dostałam przykaz 'dzwonienia' specjalnym przyciskiem, kiedy to będę chciała iść do toalety lub będę miała jakiś problem. Skorzystałam wiele razy z takiej pomocy ☺. 
W szpitalu czułam się bardzo dobrze, ale oczywiście nie tak jak w domu. Brakowało rodziny - to normalne. Wszyscy lekarze byli pomocni. Na każdą wątpliwość odpowiadali i doradzali. Ci, z którymi nie miałam możliwości porozumiewania się po angielsku, bardzo wyraźnie i dość wolno mówili po niemiecku, tak abym mogła cokolwiek zrozumieć. I muszę przyznać, że było całkiem nieźle. Był nawet Pan położny ☺, który pokazywał mi jak przewijać malucha (nie miałam o tym bladego pojęcia!). Jeśli chodzi o jedzenie to  fakt, było ono skromne ale bardzo dobre. Miałam też możliwość wybrania sobie menu na śniadanie, obiad i kolacje. Pełna, jak to mówią, 'profeska' ☺.

Po dwóch dobach od porodu, zapytałam czy mogę zostać wypisana. Warunkiem była obecność kogoś z rodziny w domu oraz przyjście na drugi dzień położnej. Tak więc w dniu, w którym wychodziłyśmy, zrobiono jeszcze wszystkie potrzebne badania dla Julki. Niestety nie załapałyśmy się na badanie U2 (o badaniach w kolejnych postach), ponieważ było jeszcze zbyt wcześnie. Gdybyśmy zostały jeszcze kolejną dobę, wtedy miałaby je zrobione. W każdym bądź razie tym zajął się już nasz pediatra. 

Podsumowując nie mogę w żadnym wypadku nic złego powiedzieć o szpitalu Martin Luther Krankenhaus. Traktowano nas bardzo dobrze, lekarze są tam mili i pomocni. Szpital jest czysty, schludny, łatwo się po nim można poruszać. Dodatkowo ma mały park, po którym spacerowaliśmy jeszcze przed porodem. 

Tym dziewczynom, które mi go poleciły jeszcze raz serdecznie dziękuję ☺.

3 komentarze:

  1. Super opisane teraz wiem wiecej o niemieckich szpitalach.. A ja mam początek ciąży... boje sie bardzo bo mój niemiecki jest słaby :( Nie wiem co i jak ..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie masz się czego obawiać :) uwierz mi :) lekarze w takich sytuacjach są bardzo wyrozumiali i tłumaczą najprościej jak to możliwe :) poza tym są szpitale, w których pracują też polskie położne. głowa do góry i życzę dużo zdrowia!

      Usuń
  2. Jestem aktualnie w 29 tygodniu ciąży, mieszkam w Niemczech i od około tygodnia codziennie śni mi się poród (nie wiem ile dzieci już urodziłam przez sen :/ ) dlatego dzisiaj zaczęłam szukać informacji i doświadczeń kobiet, które rodziły tutaj w DE :) Niezmiernie cieszę się, że trafiłam na Twój blog bo chyba ten wpis trochę mnie uspokoił i podniósł na duchu, że nie musi to wcale wyglądać tak strasznie jak w tych moich "koszmarach" :)
    Dziękuję :*

    OdpowiedzUsuń